czwartek, 2 października 2008

Pieszczenie czy psucie dziecka?

Wiele osób nie rozróżnia pieszczenia dziecka od jego psucia - różnica jest wszakże kapitalna. (...) Pieszczota rodzicielska roztropnie udzielona, niezbędna jest nawet niejednej dziecinie do zdrowego jej rozwoju, tak fizycznego jak moralnego.

Psucie dziecka to zupełnie co innego: to nie jest objaw miłości, lecz tylko słabości, innymi słowy jest objawem miłości nieroztropnej, i jest po większej części dogodzeniem sobie kosztem dziecka.

Pieszczotą rozbudzamy w dziecku serce i zaufania, przez co zachęcamy je do dobrego, psuciem zaś folgujemy złym skłonnościom dziecka, przez co zapewniamy je w zło - co czynimy nieraz z niewypowiedzianą lekkomyślnością. Matka np. psuje dziecko, jeśli nie chcąc mu si ę sprzeciwić, pozwala mu wybredzać lub grymasić przy jedzeniu, jeść same przysmaki i słodycze, a odrzucać pokarmy pożywne i zdrowe... psuje dziecko jeśli mu pzowala chimerycznie przeczryucać się z jednej zabawki do drugieh, a wszystkie rozrzucać i psuć, bezkarnie dokuczać rodzeństwu, naprzykrzać się starszym, stroć fochy i kaprysy... psuje dziecko, jeśli cieszy sę z jego złośliwych dowcipów i w jego obecności mówi o nich z podziwem, gdy chełpi się jego sprytem, opowiada o jego sukcesach - nie bacząc, że dziecko słyszy... gdy sama wyróżnia je w rodzeńśtwie z krzywdą dla innych dzieci, gd folguje jego kaprsom., zachciankom, lenistwu, wreszccie gdy pozwala być w domu despotą - wymagać koniecznie tego lub owego, a nie chcieć tamtego..rozkazywać służbie, lekceważyć osoby pracujące, ubogie itp.

Cecylia Plater-Zyberkówna, Kilka myśli o wychowaniu w rodzinie, Warszawa 1903, s. 346-351,w: Źródła do dziejów wychowania w rodzinie polskiej w XIX wieku i początkach XX wieku, wybór i opracowanie A. Denisiuk, K. Jakubiak, Wyd. Akademii Bydgoskiej, Bydgoszcz 2001

czwartek, 25 września 2008

Socjalizacja bez rodziców?

Wiele badań dowodzi, że żadna instytucja zajmująca się socjalizacją dzieci nie wywiera tak silnie pozytywnego wpływu ani nie zapewnia takiego poczucia bezpieczeństwa jak rozsądni, konsekwentni rodzice [wychowujący swoje dzieci] w klimacie ciepłego i odpowiadającego na ich potrzeby domu.

Psychologowie dziecięcy wykazują, że dzieci radzą sobie bardzo dobrze, kiedy mogą działać wspólnie z jedną osobą bądź pracować w niewielkiej grupie złożonej z dwóch do czterech osób. Kiedy jednak spotykają się z grupą o liczebności klasy szkolnej po to, by uczestniczyć w typowych dla szkoły zajęciach, stają się spięte i zestresowane.

Jako rodzic, powinienem mądrze rozważyć, jakiego rodzaju istotą społeczną chciałbym widzieć moje dziecko. Wielu przedszkolaków może faktycznie zostać „zsocjalizowanych”, ale nie bądźcie zaskoczeni, jeśli rozwiną w sobie negatywne zachowania społeczne. To może się zdarzyć nawet wówczas, gdy nauczyciel czy opiekun jest ekspertem. Z drugiej strony, małe dzieci, którym pozostawiono czas na osiągnięcie naturalnej dojrzałości, z większym prawdopodobieństwem staną się altruistycznymi istotami społecznymi, które zdołały rozwinąć w sobie pozytywne wzorce zachowań społecznych.

Jakość społecznych zachowań dziecka zależy nie tyle od liczby dzieci, z którymi zwykło się bawić, ile od jego emocjonalnej stabilności, poczucia własnej wartości i nieegoistycznej troski o innych. Zazwyczaj jest odzwierciedleniem jakości rodzicielskiego przykładu i siły przywiązania do ciepłych, konsekwentnych rodziców.
(...)

Psycholog dziecięcy Urie Bronfenbrenner zauważa, że pozbawienie rodziny jej podstawowej roli w zakresie wychowywania dzieci „jest głównym czynnikiem grożącym załamaniem się procesu socjalizacji w Ameryce”. Zauważa on, że instytucje inne niż rodzina „stworzyły i utrwaliły podzielony na grupy wiekowe, a przy tym często niemoralny i antyspołeczny świat, w którym nasze dzieci żyją i dorastają”. A instytucjami, które w największym stopniu - ze względu na ich strukturę i ograniczoną troskę [o dzieci] - przyczyniły się do tych społecznie niszczących zjawisk, są nasze szkoły (Bronfenbrenner, Two Worlds of Childhood - U.S. and U.S.S.R., strony 152 and 153).


Dr Raymond S. Moore, Jak socjalizować małe dzieci?

Autor jest głównym autorem takich poradników dla rodziców jak „Lepiej późno niż wcześnie” (Better Late than Early, Reader's Digest - McGraw Hill, 1976), „Szkoła może poczekać” (School Can Wait, Brigham Young University Press, 1979) oraz współautorem ponad 30 innych książek na temat małych dzieci i rodziny.

Całość artykułu TUTAJ

Wczesna socjalizacja a tendencje antyspołeczne

"Jedno z najbardziej zagadkowych i niebezpiecznych kłamstw dwudziestego wieku głosi, że twoje dzieci powinny być jak najwcześniej socjalizowane i kształcone. W tym celu należy posłać je do przedszkola lub też umożliwić im kontakty z jak największą liczbą rówieśników - im więcej [dzieci w grupie], tym lepiej. Na pierwszy rzut oka to wszystko wydaje się tak logiczne, że ty, jako zatroskany rodzic, nie możesz się już doczekać chwili, w której twoje dziecko rozpocznie systematyczną edukację i socjalizację. Tymczasem jest to doświadczenie, którego większość małych dzieci po prostu nie potrzebuje. Małe dzieci to nie to samo, co mali dorośli. Nie myślą, nie działają i nie reagują tak, jak dorośli. W ich przypadku przebieg procesów umysłowych, emocjonalnych i społecznych jest zupełnie odmienny.

Wartość wczesnej edukacji od dawna jest kwestionowana przez specjalistów [zajmujących się rozwojem] dzieci. Jednakże w długim okresie to mity związane z wczesną socjalizacją mogą być większym zagrożeniem. Małe dzieci są, co oczywiste, często niezwykle podniecone tłumem rówieśników, ale w wieku przedszkolnym ta ekscytacja będzie dla nich raczej źródłem zakłopotania i zmieszania, a nie drogą do prawdziwego uspołecznienia. Wczesna socjalizacja często tak naprawdę wywołuje tendencje antyspołeczne, robiąc z przedszkolaków małych buntowników, o ile nie prawdziwych neurotyków. W okresie dojrzewania tendencje te wywołują prawdziwe spustoszenie".

Dr Raymond S. Moore

Historia przymusowej szkoły

czwartek, 11 września 2008

Stefan Molyneux "Rozum, pasja i ocalenie" (fragment)

Kiedy byłem młodszy i tak pełen optymizmu, że aż naiwny, miałem profesora ekonomii – nazwijmy go Dr. Destructo – który wielokrotnie powtarzał:

– Wojna jest dobra dla gospodarki, bo zmniejsza bezrobocie i zwiększa popyt na towary, kapitał i usługi. Rząd potrzebuje sprzętu, ludzi i amunicji, a to stymuluje produkcję. Ludzi wysyła się za granicę, w związku z czym tworzy się w kraju więcej wolnych miejsc pracy. Większe zatrudnienie oznacza większe dochody – a to z kolei powoduje wzrost produkcji.

Dokładnie pamiętam, jak zapytałem go, czy eliminacja bezrobocia itd. jest pożądanym celem. Pamiętam, że zaczął się wtedy na mnie gapić, jakbym lekko zwariował, i powiedział:

– Oczywiście, bo zwiększa zamożność społeczeństwa! A popyt wciąż rośnie, bo podczas wojny rzeczy są nieustannie niszczone!Pewien student, znacznie bardziej ode mnie oczytany, przywołał argumenty Hazlitta dotyczące mitu "zbitej szyby" – zbicie szyby dostarczy pracy szklarzowi, ale kosztem wszystkich innych i ze szkodą dla gospodarki jako całości.

Dr. Destructo przedstawił długą i zawiłą argumentację, dowodząc, że tak nie jest. Nikt nie nadążał za jego wywodem, ale nie zadano żadnych pytań, bo w tamtych czasach czuliśmy silny nacisk, aby wyrzekać się zdrowego rozsądku na rzecz dobrych ocen.

Jak wspomniałem, w tamtych czasach byłem tak pełen optymizmu, że aż naiwny i myślałem, że nasi nauczyciele naprawdę wierzą w to, co mówią. Po zajęciach szedłem sobie przez parking, kiedy zauważyłem fajne Porsche, na którego tablicy rejestracyjnej widniało „DESTRUCTO”. Nucąc sobie pod nosem, pomyślałem o tym, co powiedział nam dobry profesor, wyciągnąłem klucze i porysowałem mu samochód.Kiedy właśnie kończyłem, usłyszałem gniewny krzyk. Dr. Destructo podbiegł do mnie sprintem i zażądał, abym wyjaśnił, co, do diabła, robię. Zamrugałem oczami.
– No jak to co? Zwiększam zatrudnienie!
– Ty gnojku! – warknął wściekle profesor. – Będziesz musiał za to zapłacić!
– Co? Ale – dlaczego miałoby to być konieczne?
– Dlaczego? Bo właśnie porysowałeś mi samochód!
– Nie – ten koszt może pokryć zwiększona zamożność społeczeństwa – pamięta pan, jak mówił, że redukcja bezrobocia to coś dobrego, a niszczenie rzeczy zwiększa zamożność społeczeństwa – a to jest korzystne. Więc trochę nie rozumiem...
– Do cholery, ja za to nie będę płacił. Pójdziemy prosto do gabinetu dziekana i zadzwonimy po twoich rodziców, mały wandalu!

Nastąpiła dość poważna sprzeczka między Dr. Destructo, moimi rodzicami a mną – z perpektywy czasu można by ją nazwać prawdziwą edukacją. Moi rodzice nie byli nastawieni do mojego punktu widzenia tak życzliwie, jak się spodziewałem. Kiedy wyjaśniłem moje rozumowanie, tata odparł:– Wszyscy wiedzą, że profesorowie gadają mnóstwo bzdur! Zapytałem więc, dlaczego miałbym chodzić na uniwersytet, ale tata zarzucił mi, że zmieniam temat. Skończyło się na tym, że musiałem zapłacić za naprawę i otrzymałem dość słabą ocenę z zajęć prowadzonych przez Dr. Destructo. Dostałem jednakże bardzo cenną lekcję: może istnieć ogromna różnica między tym, co ludzie głoszą, a tym, jak postępują.

Dlaczego ten profesor uczył, że niszczenie rzeczy jest korzystne, ale później oburzył się na mnie, kiedy zniszczyłem jego rzecz? Dlaczego intelektualnie wierzył, że wojna jest dobra dla gospodarki jako całości, ale później pod wpływem emocji uznał prawdę? Dlaczego z pogardą odrzucił metaforę zbitej szyby, ale instynktownie pojął swój błąd, kiedy zobaczył swoje porysowane Porsche?Co nawet istotniejsze – kiedy zareagował emocjonalnie w ekonomicznie rozsądny sposób, dlaczego nie spowodowało to, że zaczął wątpić w którąś z głoszonych przez siebie idei?

Chciałem się dowiedzieć, jak rozpowszechniowa jest taka absolutna hipokryzja. W następnym semestrze miałem profesor socjologii, która głosiła, że trzeba opodatkować silnych, aby wspierać słabych – że trzeba zmusić bardziej uzdolnionych, aby służyli mniej uzdolnionym. Było mi to raczej trudno przyjąć (sprawiało mi to trudność z tak wielu powodów), ale ze wszystkich sił starałem się zrozumieć. Niestety, to nie wystarczyło, i z zajęć profesor socjologii dostawałem same tróje. Po wielu dniach rozważania jej wskazówek w końcu zrozumiałem – w nagłej chwili olśnienia – o czym mówiła. Poprosiłem ją, żeby wskazała swojego najlepszego studenta, abym mógł uzyskać jakąś pomoc i poprawić oceny. Profesor wskazała Sue.

Zaraz po zajęciach dogoniłem Sue na parkingu i powiedziałem, że będę musiał ją pobić, jeżeli nie odrobi za mnie pracy domowej.Co za kicha! Łzy, protesty, wyprawy do gabinetu dziekana, grożenie zawieszeniem i oskarżenia o znęcanie się. Broniłem się najlepiej, jak umiałem, ale na nic się to nie zdało. Powiedziałem im, że po prostu zmuszałem bardziej uzdolnionych do pomocy mniej uzdolnionym – stosując, jak to ująłem, formę „Marksizmu” ["Marks-ism" – marks oznacza „oceny”] – dokładnie tak, jak mnie uczono! Nie mogłem za nic zrozumieć, dlaczego wszyscy byli tacy rozgniewani.

– Jesteście jak polityk, który mówi mi, że dobrze jest płacić podatki, ale kiedy faktycznie płacę podatki, wsadzacie mnie do więzienia!

Takie sytuacje zdarzały się podczas mojej kariery akademickiej wiele, wiele razy. Miałem profesora historii, który mówił mi, że historia jest całkowicie subiektywna – a potem postawił mi złą ocenę za podanie „błędnych” dat historycznych na egzaminie końcowym. Powiedziałem mu, że – jeśli historia jest całkowicie subiektywna – te daty nie mogą być „błędne”, bo dla mnie są „prawidłowe”.

– Tak właściwie – powiedziałem – to zdecydowałem, że nie będę się uczył właśnie dlatego, że powiedział pan, iż historia jest całkowicie subiektywna – więc uczenie się nie miało sensu. Kiedy na egzaminie pytał pan o daty, myślałem, że to jakaś próba – i że gdybym podał „obiektywnie prawdziwe” daty, oblałbym!

Znów skończyło się w gabinecie dziekana, gdzie czekało mnie mało zrozumienia – i jeszcze mniej życzliwości.

Profesor psychologii powtarzał nam, że moralność jest subiektywna, że nie ma absolutnych norm dotyczących tego, co jest dobre, a co złe, i że narzucanie wyznawanych przez nas zasad innym ludziom jest złe. To była dla mnie wielka ulga, bo dużo łatwiej kupić pracę semestralną, niż samemu ją napisać. Kiedy oddałem pracę, mój profesor zaciągnął mnie do gabinetu dziekana i oskarżył o plagiat.

– Ależ – zaprotestowałem – mówił mi pan, że etyka jest subiektywna i że narzucanie moich poglądów innym ludziom jest złe. Nie wierzę w istnienie czegoś takiego, jak plagiat, a pan tak. Co daje panu prawo, zgodnie z pańską własną teorią, narzucać mi pańskie poglądy? Dziekan i profesor spojrzeli na mnie z mieszaniną pogardy i współczucia. Tak samo mógłby spojrzeć menedżer oszukańczego kasyna, widząc, że jakiś człowiek ciągle wraca do gry, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest ona ustawiona.Za każdym razem, kiedy usiłowałem zastosować w praktyce to, czego uczyli mnie profesorowie, byłem brutalnie karany.

Tekst pochodzi ze strony: www.luke7777777.blogspot.com

wtorek, 9 września 2008

Jeszcze cytat

Ludzie, którzy nigdy nie chwyciliby za broń, aby zmusić sąsiada do sfinansowania edukacji swoich dzieci, entuzjastycznie popierają państwowy system szkolnictwa.

Stefan Molyneux

czwartek, 4 września 2008

Cytaty, które lubię (R. Kiyosaki)

System edukacyjny się nie zmienia, bo nie został zaprojektowany z myślą o zmianie i dostosowywaniu się do przemian gospodarczych, ale do przetrwania.

Robert Kiyosaki

środa, 3 września 2008

Ucieczka przed "opieką społeczną"

Jak donosi dublin.gazeta.pl:

19-letnia Brytyjka Sam Thomas, w zaawansowanej ciąży, wyjechała do Irlandii, bo obawiała się, że opieka społeczna planuje odebranie jej dziecka i oddanie go do adopcji wbrew jej woli.

Opieka społeczna poinstruowała na piśmie pracowników szpitala w Somerset, w którym miało przyjść na świat dziecko Sam, żeby nie pozwolili jej opuścić oddziału położniczego razem z nowonarodzoną dziewczynką bez obecności służb socjalnych.

Mimo że opieka społeczna nie uzyskała nakazu sądowego, pozwalającego jej pracownikom na wydawanie takich poleceń, a względem 19-latki nie toczy się żadne postępowanie potwierdzające, że mogłaby stanowić niebezpieczeństwo dla noworodka, służby socjalne są przekonane, że przyszła młoda matka nie będzie w stanie zająć się swoim dzieckiem.
______________________________________________

Matka zaś, pani Sam Thomas, zapewne zaś jest ( słusznie) przekonana, że służby specjalne to bandyci.

W Trzeciej Rzeszy stosowano tą samą socjotechnikę. Wpajano ludziom, że są trybikiem potężnego systemu i przez myśl im nie przeszło, że odrywanie dziecka od matki jest zbrodnią, za którą można odpowiedzieć po zmianie systemu.

Jak widać, pomysły współczesnych eurosocjalistów na wychowanie bez rodziców nie są takie znów nowe...

czwartek, 28 sierpnia 2008

Kary za wagary

Jak podaje Rzeczpospolita: "Rodzice starszych uczniów, którzy opuszczają lekcje, muszą się liczyć z wizytą policji, a nawet karą pieniężną za niedopilnowanie tego, by dziecko stawiało się w szkole. W życie weszła bowiem nowelizacja ustawy o systemie oświaty, która pierwszy raz określa, co rozumiemy przez niespełnianie obowiązku szkolnego lub nauki. A jest to 50 procent nieusprawiedliwionych nieobecności w ciągu miesiąca. Wówczas szkoła informuje rodziców, a jeśli nie zareagują, ma się prawo zwrócić o pomoc do policji.

– Wagary to ogromny problem i ten przepis może bardziej zmobilizuje szkoły do walki z nimi – mówi Ewa Ćwikła, dyrektorka Gimnazjum nr 40 w Łodzi. – Do tej pory reagowanie na wagary podpowiadał szkołom zdrowy rozsądek. W moim gimnazjum wystarczy, że ucznia nie ma trzy dni, i kontaktujemy się z rodzicami, wyjaśniamy sprawę. Jeśli nie chcą z nami współpracować, kierujemy sprawę do sądu rodzinnego".
__________________________

Ciekawe. W normalnym ustroju sprawy do sądów powinni kierować rodzice - zastraszani i szatnażowani w ten sposób, mając prawo do zaskarżania o nadmierną ingerencję osób trzecich w kompetencje rodzicielskie. Dziś to dyrektorzy szkół straszą rodziców sądami rodzinnymi i policją jeśli ci nie chcą współpracować ze szkołami. Oczywiście na warunkach tych ostatnich, bo która szkoła ma ochotę "użerać się" z oczekiwaniami setek rodziców mających własne zdanie?

Jeśli szkoła (państwo) pragnie zawłaszczać kompetencje rodziców - powinna również ponosić odpowiedzialność za to co dzieje się w jej murach. Jakie więc są przewidziane konkwekwencje dla np. pani dyrektor Gimnzajum nr 40 w Łodzi Ewy Ćwikły jeśli szkoła nie wywiąże się z jej zadań (np. w jej murach dzieci otrzymają propozycje zażywania narkotyków, spotkają się z przemocą, a jej poziom kształcenia wzbudza wiele zastrzeżeń)? Czy w grę wchodzi np. odebranie prawa do pełnienia funkcji dyrektorskich?

piątek, 25 lipca 2008

O wolności w edukacji

"Nie możemy zmienić naszego życia dorosłych, bośmy sami wychowani w niewoli, nie możemy dać dziecku swobody dopóki samiśmy w kajdanach"

Janusz Korczak


"Oświata i szkoła używane były dotychczas jako instytucje, procesy i interpreacje uprawomacniające ład autorytarnej dominacji nad społeczeństwem państwa ponadprawnego. Teraz idzie o to, aby stawały się miejscem rozwojowych każdego człowieka".

Zbigniew Kwieciński


"Wychowanie opiera się na wolności jako na podstawie, że proces wychowawczy jest spotkaniem dwóch wolności, szanuje drugiego człowieka jako takiego, jako wolność".

Raphael Leveque, Francine Best


"Każda inicjatywa, każda zdolność do stworzenia prmieniującej na otoczenie wyspy działania autorskiego, samodzielnego, zdolność do pomysłowości i podmiotowości jest bezcenna, godna podtrzymania i upowszechnienia".

Zbigniew Kwieciński

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Natalia Niemen - "Jestem mamą - to moja kariera"

W kąciku muzycznym piosenka Natalii Niemen - Jestem mamą - to moja kariera.
TUTAJ

Chyba nie ma piękniejszego powołania... Szkoda, że tak mało osób potrafi to dostrzec.

środa, 4 czerwca 2008

Kij pruski a sprawa polska. Przymus szkolny i jego geneza

Poniżej zamieszczam streszczenie wystąpienia dr Maksymilianma Stanulewicza wygłoszonego podczas konferencji pt. "Między wolnością a obowiązkiem - edukacja domowa" , która miała miejsce w Instytucie Sobieskiego w Warszawie w dniu 28 kwietnia 2008.

"Kij pruski a sprawa polska. Przymus szkolny i jego geneza"

Pojęcie przymusu szkolnego pojawiło sie w europejskiej myśli tak prawniczej jak i edukacyjnej dopiero na przełomie XVII i XVII w. Moment ten jest nieprzypadkowy bowiem to właśnie wkraczające na arenę dziejową Oświecenie i jego luminarze postawili sobie za cel stworzenie "nowego człowieka", oderwanewgo od przesądów i kierującego się racjonalizmem. Temu celowi miały służyć reformy szkolnictwa, a szerzej, oświaty, którą definitywnie starano się uczynić świecką. Jednocześnie oświeceniowe prądy intelektualne bardzo aktywnie wspierało państwo absolutne, które uczyniło z edukacji jeden z bastionów swojej potęgi. To bowiem swoiście pojmowana racja stanu nakazywała oświconiowym depotom stworzenie zależnego wyłącznie od państwa służącego interesom dynastii szkolnistwa wszystkich szczebli, będącego pod kontrolą organów, które stanowiły element ówczesnej, szeroko rozumianej policji. Co więcej, dążenia eudajmonistycznie różnych "filozofów" na tronach, głównie zresztą w czołowych państwach Rzeszy (Prusy, Austia, Bawaria) charakteryzowały się tendencjami do uszczęśliwiania poddanych "na siłę", niejako wbrew ich woli tradycji i religii. W tym momencie właśnie rodzi się przymus szkolny, ktyóry jest niczym innym jak częscią nowych, oświeceniowych porządków, również ustrojowych. Gdy bowiem spojrzymy na zestawienie krajów ustanawiającyh wpierw przymus, a następnie obowiązek szkolny, zauważymy, że za stworzeniem, takiego systemu edukacji przemawiały względy polityczno-ustrojowe. Obok bowiem sfery ideologicznej, promowej przez panującego, ważne były również cele praktyczne takie jak unifikacja i centralizacja państwa. By je jednak zrealizować, konieczny był wykwalifikowany, sterowalny i w pełni kontrolowany aparat edukacyjny, który wraz z poszerzaniem się obszarów zainteresowania państwa, obejmował coraz młodsze grupy poddanych. Od najmłodszych lat bowiem tak skonstruowany system miał im wpajać, w miejsce przywiązania do swojego narodu, rodziny czy religii, lojalność wobec państwa i dynastii. To właśnie w tak rozumianym "patriotyzmie państwowym", u źródeł którego leżą początki przymusu szkolnego, doszukiwać się można genezy przynajmniej jednego z dwóch wielkich totalitaryzmów XX w.

sobota, 17 maja 2008

Nie_przedszkolaki z wyboru

Na portalu gazeta.pl powstało wczoraj forum "Nie_przedszkolaki z wyboru". Zapraszam do zapoznania się z nim oraz komentowania.

Jak napisała jego twórczyni Dorota Konowrocka:

Dlaczego "nie_przedszkolaki z wyboru"? :)

Ano dlatego, że jest taka grupa rodziców - mam nadzieję, że niemała! - którzy nie posyłają swoich dzieci do przedszkoli nie dlatego, że się tam nie dostały, lecz dlatego, że są przekonani, że dla dzieci lepszy będzie dalszy rozwój w rodzinie. Chciałabym, by to forum stało się miejscem, w którym tacy rodzice będą mogli spokojnie porozmawiać na różne interesujące ich tematy - życzliwym miejscem, w którym można zastanowić się, jak zorganizować dzieciom czas, podzielić się informacjami o różnych wydarzeniach, zorganizować sobie "grupę zabawową" z innymi rodzicami z okolicy, podzielić wrażeniami z lektury ciekawych książek o dzieciach i dla dzieci itd.

Całość i wejście na forum TUTAJ

wtorek, 13 maja 2008

Rozdwojenie publicznej szkoły

Oto fragment książki Douglasa Wilsona "Excused absence" (Nieobecność usprawiedliwona) nt. szkół publicznych ( s. 44-45). Wydana została przez wyd. Cruxpress, Mission Viejo, Califonia, 2001.

"Ponieważ Bóg jest Bogiem, ludzie nie są w stanie stworzyć prawdziwie relatywistycznego świata. Mogą co najwyżej udawać, że ten świat, ze wszystkimi jego wbudowanymi absolutami jest w jakiś sposób relatywny. Absoluty jednakże są pożyczone z chrześcijańskiego światopoglądu, a następnie zaprzecza się im w imię relatywizmu.
Jak we wnikliwy sposób wskazał teolog Cornelius Van Til, niewierzący człowiek chwieje się pomiędzy racjonalizmem, a irracjonalizmem. Jednocześnie niewierzący waha się pomiędzy stałą i elastyczną etyką – jak mu pasuje. Ponieważ nasze rządowe szkoły są instytucjami przeznaczonymi do propagowania niewiary, znajdujemy w nich ów wzorzec, bujający się jak wahadło.
Oto dlaczego w szkołach publicznych w jednym momencie znajdziemy jihad przeciwko rasizmowi, zanieczyszczaniu powietrza, czy ogólnoświatowemu ociepleniu by chwilę później znaleźć tą samą absolutystyczną gorliwość twierdzącą, że nie ma takiej rzeczy jak absolutne dobro lub zło gdy przejdziemy do kwestii homoseksualizmu, lub innych „alternatywnych stylów życia.” Później mówi się dzieciom, że jeśli nie uwierzą w serwowany im relatywizm, to źle zrobią. Przyjrzyjmy się uważnie temu argumentowi: czymś złym jest odrzucenie relatywizmu ponieważ owo odrzucenie sugeruje, że może istnieć coś takiego jak „zło”. To byłoby złe.
Racjonalizm i irracjonalizm. Absolutyzm i relatywizm. Wszystko jednym tchem. Niesamowite!"

sobota, 3 maja 2008

Ciekawa konferencja w Instytucie Sobieskiego

Konferencja nt. edukacji domowej w Instytucie Sobieskiego w Warszawie (28 kwietnia) była bardzo udana i ciekawa. Wygłoszono sześć półgodzinnych bardzo konkretnych i ciekawych referatów.

Wśród słuchaczy i zaproszonych gości obecny był wiceminister z MEN prof. Marciniak (szkoda, że musiał wyjść po 2 referacie) oraz posłowie z komisji edukacji i osoby z kancelarii premiera.

Wygłoszone referaty mają się ukazać w 2 najbliższych numerach "Międzynarodowego Przeglądu Politycznego" (jest dostępny w m.in. EMPIKACH).
http://www.mpp.org.pl/

Poniżej można pobrać materiały konferencyjne. http://sobieski.org.pl/panel/plugins/newsy/files/szkoladomowa_material ykonferencyjne.pdf